No dobra, nosiłem się z tym pomysłem od dawna, zresztą na WMO była (nadal jest) taka etykieta, jak warszawiadalnia, ale dawno nie umieszczałem tu nic, ponieważ założyłem oddzielnego bloga z moimi wrażeniami kulinarnymi. Szwendam się po mieście, jadam tu i tam i to nawet dość często, zatem podzielić się chciałem moimi wrażeniami. Może kogoś namówię, może komuś obrzydzę, zaznaczam jednak, że są to moje prywatne wrażenia, nie jestem specjalistą, choć uwielbiam jeść i degustować. Co jakiś czas umieszczę wrażenia z występów w innych miastach. Tymczasem... pierwszy wpis poszedł!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WARSZAWJADALNIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WARSZAWJADALNIA. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 20 marca 2014
piątek, 12 listopada 2010
WARSZAWJADALNIA - RESTAURACJA LATISANA
ul. Powstańców Śląskich 106
Latisana to jedna z nielicznych restauracji na Bemowie, więc nie dziwne, że tu zajrzałem, tym bardziej, że nie mam daleko. Lokal mieści się w pasażu za bazarkiem przy Powstańców i proponuje dania kuchni polskiej i włoskiej. Już po wejściu zrobiło mi się gorzej, bo nie znoszę nadętej, stiukowo-gipsowej dekoracji w stylu nieokreślonej grecko-włoskiej mieszanki. No ale nic to, nie zrażajmy się. Na obsługę nie trzeba długo czekać i jest dość miła, natomiast średnio ma pojęcie o robocie - ale może trafiłem akurat na początkującą.
Co mamy w menu? No jak na kuchnie włoską jest i pizza, pasty, risotto, ale i zupy, mięsa, ryby i inne... Dla przykładu gęsie udka kosztują 39 zł, steki z polędwicy z gorgonzollą tyle samo, różne raviolli 24 zł, pizze ok. 30 zł... Szałem jest polędwica za 52 zł. Jak na te ceny, to szczerze mówiąc, raz że mało, dwa, że bez rewelacji na podniebieniu. Ten stek z polędwicy z gorgonzolą zapowiadał się nieźle, ale był raczej mdły. To nie znaczy, że mi nie smakowało, ale nie padłem na kolana. Ceny zbyt wygórowane w stosunku do jakości i miejsca, tak więc raczej nie polecam, chyba, że ktoś bardzo chce sprawdzić.
Latisana to jedna z nielicznych restauracji na Bemowie, więc nie dziwne, że tu zajrzałem, tym bardziej, że nie mam daleko. Lokal mieści się w pasażu za bazarkiem przy Powstańców i proponuje dania kuchni polskiej i włoskiej. Już po wejściu zrobiło mi się gorzej, bo nie znoszę nadętej, stiukowo-gipsowej dekoracji w stylu nieokreślonej grecko-włoskiej mieszanki. No ale nic to, nie zrażajmy się. Na obsługę nie trzeba długo czekać i jest dość miła, natomiast średnio ma pojęcie o robocie - ale może trafiłem akurat na początkującą.
Co mamy w menu? No jak na kuchnie włoską jest i pizza, pasty, risotto, ale i zupy, mięsa, ryby i inne... Dla przykładu gęsie udka kosztują 39 zł, steki z polędwicy z gorgonzollą tyle samo, różne raviolli 24 zł, pizze ok. 30 zł... Szałem jest polędwica za 52 zł. Jak na te ceny, to szczerze mówiąc, raz że mało, dwa, że bez rewelacji na podniebieniu. Ten stek z polędwicy z gorgonzolą zapowiadał się nieźle, ale był raczej mdły. To nie znaczy, że mi nie smakowało, ale nie padłem na kolana. Ceny zbyt wygórowane w stosunku do jakości i miejsca, tak więc raczej nie polecam, chyba, że ktoś bardzo chce sprawdzić.
wtorek, 12 października 2010
WARSZAWJADALNIA - LONDON STEAK HOUSE
al. Jerozolimskie 42
Czaiłem się tu już od dłuższego czasu, a przekonał mnie znajomy, który bardzo lubi przychodzić tu na porządnego steka. Z założenia ma to być lokal w klimacie brytyjskim, przede wszystkim ze stekami w menu. Brytyjskość uderza zanim jeszcze się wejdzie do środka, bo przed drzwiami stoi typowa londyńska budka telefoniczna. W środku dominują również gadżety londyńskie, więc czujemy się trochę jak w tradycyjnym londyńskim pubie. W menu mamy szeroki wybór steków, od rib eye'ów przez t-bone'y do filetów, hamburgery i cheesburgery, no tak anglo-sasko mocno. Ceny za obiad to okolice 50 zł, oczywiście z piwem, choć i bez można zapłacić więcej... Wybrałem fileta, bo nie lubię obgryzać kości, w sosie musztardowym i naturalnie piwo. Nie czekałem nawet za długo, dostałem słusznie wysmażony stek, sosik niezwykle smaczny i muszę przyznać, że danie spełniło moje oczekiwania, najadłem się do syta, choć bez przesady z drugiej strony. Cenowo jednak mnie to nieco zważyło, bo cena nie jest koniecznie adekwatna do tego, co na talerzu. To znaczy w innej knajpie dostałbym takie danie za cenę mniejszą o jakieś 10 zł, albo i więcej... Mimo to, jak ktoś lubi steki, to myślę, że nie będzie zawiedziony. Ja nie byłem.
Czaiłem się tu już od dłuższego czasu, a przekonał mnie znajomy, który bardzo lubi przychodzić tu na porządnego steka. Z założenia ma to być lokal w klimacie brytyjskim, przede wszystkim ze stekami w menu. Brytyjskość uderza zanim jeszcze się wejdzie do środka, bo przed drzwiami stoi typowa londyńska budka telefoniczna. W środku dominują również gadżety londyńskie, więc czujemy się trochę jak w tradycyjnym londyńskim pubie. W menu mamy szeroki wybór steków, od rib eye'ów przez t-bone'y do filetów, hamburgery i cheesburgery, no tak anglo-sasko mocno. Ceny za obiad to okolice 50 zł, oczywiście z piwem, choć i bez można zapłacić więcej... Wybrałem fileta, bo nie lubię obgryzać kości, w sosie musztardowym i naturalnie piwo. Nie czekałem nawet za długo, dostałem słusznie wysmażony stek, sosik niezwykle smaczny i muszę przyznać, że danie spełniło moje oczekiwania, najadłem się do syta, choć bez przesady z drugiej strony. Cenowo jednak mnie to nieco zważyło, bo cena nie jest koniecznie adekwatna do tego, co na talerzu. To znaczy w innej knajpie dostałbym takie danie za cenę mniejszą o jakieś 10 zł, albo i więcej... Mimo to, jak ktoś lubi steki, to myślę, że nie będzie zawiedziony. Ja nie byłem.
sobota, 4 września 2010
WARSZAWJADALNIA - BAR Cô Tù
ul. Nowy Świat 26\28
Może nie każdy wie, że za ciągiem ładnych kamieniczek na Nowym Świecie, jest zupełnie inny świat, nie koniecznie już 'nowy', bo ok. 50-letni. Mieszczą się tam dwa pawilony handlowe, w których niegdyś kwitł handel, a dziś przynajmniej w połowie mieszczą się bary, knajpki i piwiarnie. Jednym z takich barów jest Cô Tù, bar wietnamski z kuchnią azjatycką. Mieści się w tym drugim pawilonie, na samym jego początku, co łatwo poznać w cieplejsze miesiące po stolikach przed wejściem. Same pawilony, nieremontowane chyba od początku, sprawiają wrażenie slumsów, ale wewnątrz jest po prostu... barowo... czyli szału również nie ma :) Ale za to wita nas uśmiechnięta pani za kontuarem, po 'sali' krząta się młodzieniec albo dwóch i tak nam się tu toczy ten rodzinny interes. Po spojrzeniu na menu nie wiadomo co wybrać - to nie jest Twój pierwszy lepszy 'chińczyk'! Dania są w większości kuchni wietnamskiej, choć oczywiście podstawowe dania, jak kurczak w cieście czy wołowina 5 smaków też się znajdą. Ceny są niezwykle przystępne, jest nawet ubikacja w razie co! Mnie osobiście niezwykle przypadła do gustu wołowina w sezamie na gorącym talerzu - pieczone wszystko z imbirem i sosem sojowym - palce absolutnie lizać do kości!! Poza tym fani prawdziwej zupy azjatyckiej też znajdą tu sporo uciechy. Przy tym obsługa jest bardzo miła i uśmiechnięta i mówią po polsku dość normalnie. To nie jest 'chińczyk' gdzie każde danie smakuje tak samo. Jest tanio i niezwykle smacznie, polecam.
Aha i warto wspomnieć o dwóch Złotych Chochlach - nagrody wiszą na ścianie i dostali je naprawdę, można obejrzeć. Ja tam się nie dziwię!
Może nie każdy wie, że za ciągiem ładnych kamieniczek na Nowym Świecie, jest zupełnie inny świat, nie koniecznie już 'nowy', bo ok. 50-letni. Mieszczą się tam dwa pawilony handlowe, w których niegdyś kwitł handel, a dziś przynajmniej w połowie mieszczą się bary, knajpki i piwiarnie. Jednym z takich barów jest Cô Tù, bar wietnamski z kuchnią azjatycką. Mieści się w tym drugim pawilonie, na samym jego początku, co łatwo poznać w cieplejsze miesiące po stolikach przed wejściem. Same pawilony, nieremontowane chyba od początku, sprawiają wrażenie slumsów, ale wewnątrz jest po prostu... barowo... czyli szału również nie ma :) Ale za to wita nas uśmiechnięta pani za kontuarem, po 'sali' krząta się młodzieniec albo dwóch i tak nam się tu toczy ten rodzinny interes. Po spojrzeniu na menu nie wiadomo co wybrać - to nie jest Twój pierwszy lepszy 'chińczyk'! Dania są w większości kuchni wietnamskiej, choć oczywiście podstawowe dania, jak kurczak w cieście czy wołowina 5 smaków też się znajdą. Ceny są niezwykle przystępne, jest nawet ubikacja w razie co! Mnie osobiście niezwykle przypadła do gustu wołowina w sezamie na gorącym talerzu - pieczone wszystko z imbirem i sosem sojowym - palce absolutnie lizać do kości!! Poza tym fani prawdziwej zupy azjatyckiej też znajdą tu sporo uciechy. Przy tym obsługa jest bardzo miła i uśmiechnięta i mówią po polsku dość normalnie. To nie jest 'chińczyk' gdzie każde danie smakuje tak samo. Jest tanio i niezwykle smacznie, polecam.
Aha i warto wspomnieć o dwóch Złotych Chochlach - nagrody wiszą na ścianie i dostali je naprawdę, można obejrzeć. Ja tam się nie dziwię!
sobota, 1 maja 2010
RESTAURACJA ZAUŁEK SMAKÓW - WARSZAWJADALNIA
ul. Felińskiego 52
Kiedy 4 lata temu pojawiła się mała, klimatyczna włoska knajpka na Żoliborzu, wywołało tu wśród lokalnej społeczności spore poruszenie. Wszak Żoliborz uważany był za pustynię gastronomiczną. Teraz już jest nieco lepiej, ale wtedy??
Dom na rogu Felińskiego i Pogonowskiego (która to ulica nosiła kiedyś nazwę, ni mniej ni więcej, tylko Zaułek) ma z tyłu ogródek i onże, wraz z parterem domu zajęty jest przez restaurację. Kiedy wchodzi się, po lewej stoi stolik, przy którym zazwyczaj siedzi ktoś z właścicieli i wita wchodzących. Wnętrze jest dość wąskie, ale stoliki ustawione są dość praktycznie. Miła obsługa podaje kartę w której znaleźć możemy pasty, pizze i dania typu eskalopki cielęce, sznycel wieprzowy, placek po węgiersku czy pstrąg. Jest nawet dość rzadka australijska ryba baramundi. Ceny? Cóż, dania ok. 40 zł, pasty ok. 30, a pizze również. A smakowo? Nono, pasty są niezłe, chociaż troszkę mało - przyznam że raz zdegustował mnie długi włos udający makaron... Pizza za to bez zarzutu, na prawdę przyjemna. Co ciekawe, w menu również są zestawy obiadowe za 25 złych. Do tego szeroki wybór win i jakieś piwo.
Ogólnie jest to miłe miejsce, choć ja mam w pamięci ciągle ten włos... Jak się nie boicie, to spróbujcie :)
Kiedy 4 lata temu pojawiła się mała, klimatyczna włoska knajpka na Żoliborzu, wywołało tu wśród lokalnej społeczności spore poruszenie. Wszak Żoliborz uważany był za pustynię gastronomiczną. Teraz już jest nieco lepiej, ale wtedy??
Dom na rogu Felińskiego i Pogonowskiego (która to ulica nosiła kiedyś nazwę, ni mniej ni więcej, tylko Zaułek) ma z tyłu ogródek i onże, wraz z parterem domu zajęty jest przez restaurację. Kiedy wchodzi się, po lewej stoi stolik, przy którym zazwyczaj siedzi ktoś z właścicieli i wita wchodzących. Wnętrze jest dość wąskie, ale stoliki ustawione są dość praktycznie. Miła obsługa podaje kartę w której znaleźć możemy pasty, pizze i dania typu eskalopki cielęce, sznycel wieprzowy, placek po węgiersku czy pstrąg. Jest nawet dość rzadka australijska ryba baramundi. Ceny? Cóż, dania ok. 40 zł, pasty ok. 30, a pizze również. A smakowo? Nono, pasty są niezłe, chociaż troszkę mało - przyznam że raz zdegustował mnie długi włos udający makaron... Pizza za to bez zarzutu, na prawdę przyjemna. Co ciekawe, w menu również są zestawy obiadowe za 25 złych. Do tego szeroki wybór win i jakieś piwo.
Ogólnie jest to miłe miejsce, choć ja mam w pamięci ciągle ten włos... Jak się nie boicie, to spróbujcie :)
poniedziałek, 22 marca 2010
RESTAURACJA LA BONO - WARSZAWJADALNIA
ul. Grochowska 224
Restauracja LaBono to dość nowy lokal na mapie Warszawy, umieszczony w starym budynku piekarni Teodora Reicherta zaraz przy rondzie Wiatraczna. Wchodzi się przez rozsypującą się bramę chodniczkiem opatrzonym głowami hinduskich bogów i bogiń - dość intrygujący efekt. Te boginie są ustawione nie bez kozery, gdyż restauracja serwuje dania kuchni indyjskiej i międzynarodowej. Co ciekawe, codziennie proponują nowe dania z kuchni jednej i drugiej.
No to wszedłem. Kelner posadził mnie w obszernej sali i podał wodę z cytryną jako aperitif. Hmmm. Kelner był bardzo zajęty gośćmi w sali piwnej, gdyż prowadził z nimi ożywioną konwersację; ja za to czułem się nieco osamotniony w tej ogromnej, surowej sali. Obejrzałem sobie za to menu. Z kuchni indyjskiej mamy pakory, kurczaki curry i inne, masale i tikki, wszystko do 30 zł, ale trzeba coś sobie domówić: ryż czy ziemniaczki. Z kuchni europejskiej jest przekrój przez cały kontynent: od bigosu przez placek po węgiersku, po tagliatellę i szaszłyki. Wszystko do 30 zł, plus oczywiście dodatki. Zamówione danie wreszcie dostałem, bo kelner raczył sobie co jakiś czas o mnie przypomnieć, choć nie za często. Troszkę mnie zdrażnił, bo zapomniał o piwie do obiadu i już miał sporego minusa. Jednak obiad zjadłem ze smakiem, przyznam, że choć porcja nie była olbrzymia, to najadłem się z przyjemnością. Trochę ciekaw jestem, jak to wygląda, kiedy jest tam więcej ludzi, a kelnerzy zajęci są obsługą gości, a nie dyskusją... Na rachunek czekałem wieki i wyszedłem, z jednej strony zadowolony z jedzenia, z drugiej z niedosytem związanym z słabawą obsługą. Myślę, że tam kiedyś wrócę, żeby obadać sprawę raz jeszcze...
Restauracja LaBono to dość nowy lokal na mapie Warszawy, umieszczony w starym budynku piekarni Teodora Reicherta zaraz przy rondzie Wiatraczna. Wchodzi się przez rozsypującą się bramę chodniczkiem opatrzonym głowami hinduskich bogów i bogiń - dość intrygujący efekt. Te boginie są ustawione nie bez kozery, gdyż restauracja serwuje dania kuchni indyjskiej i międzynarodowej. Co ciekawe, codziennie proponują nowe dania z kuchni jednej i drugiej.
No to wszedłem. Kelner posadził mnie w obszernej sali i podał wodę z cytryną jako aperitif. Hmmm. Kelner był bardzo zajęty gośćmi w sali piwnej, gdyż prowadził z nimi ożywioną konwersację; ja za to czułem się nieco osamotniony w tej ogromnej, surowej sali. Obejrzałem sobie za to menu. Z kuchni indyjskiej mamy pakory, kurczaki curry i inne, masale i tikki, wszystko do 30 zł, ale trzeba coś sobie domówić: ryż czy ziemniaczki. Z kuchni europejskiej jest przekrój przez cały kontynent: od bigosu przez placek po węgiersku, po tagliatellę i szaszłyki. Wszystko do 30 zł, plus oczywiście dodatki. Zamówione danie wreszcie dostałem, bo kelner raczył sobie co jakiś czas o mnie przypomnieć, choć nie za często. Troszkę mnie zdrażnił, bo zapomniał o piwie do obiadu i już miał sporego minusa. Jednak obiad zjadłem ze smakiem, przyznam, że choć porcja nie była olbrzymia, to najadłem się z przyjemnością. Trochę ciekaw jestem, jak to wygląda, kiedy jest tam więcej ludzi, a kelnerzy zajęci są obsługą gości, a nie dyskusją... Na rachunek czekałem wieki i wyszedłem, z jednej strony zadowolony z jedzenia, z drugiej z niedosytem związanym z słabawą obsługą. Myślę, że tam kiedyś wrócę, żeby obadać sprawę raz jeszcze...
niedziela, 31 stycznia 2010
WARSZAWJADALNIA - RESTAURACJA SEPHIA
ul. Andersa 13
Natknąłem się na nią dość przypadkiem, a że głodny byłem i koniecznie chciałem coś zjeść, to wszedłem. Wejście aspiruje do grona restauracji szlachetnych, wchodzi się przez przedsionek na stolik z menu i bar. Z przedsionka restauracja robi wrażenie eleganckiej i drogiej, więc lekko się speszyłem. Zajrzałem jednak do menu i stwierdziłem, że wcale nie jest źle! Usiadłem więc i przestudiowałem, co można by tu wrzucić na ząb. Kuchnia jest kontynentalna, czyli polsko-różnoraka, np. kaczka po staropolsku z kopytkami (35 zł), szynka pieczona w sosie szarym (15 zł), zraziki wołowe z kaszą i ogóreczkami kiszonymi (24 zł), sznycel po wiedeńsku (24 zł), pyry z gzikiem (9 zł), sandacz, makarony... Ogólnie karta naprawdę niezła. Zamówiłem beuff strogonoffa z kopytkami i czekając, rozejrzałem się po wnętrzu. No cóż, PRL-owska tandetna taniocha w połączeniu z antycznymi klimatami czyni wnętrze mało strawnym. Kelnerka może miała zły dzień, bo mało uśmiechnięta i taka raczej skwaszona - jak potem poczytałem w sieci okazało się, że to tamtejszy standard. Wreszcie dostałem zamówione danie, długo nie czekałem nawet. Talerz duży, na nim breja pod tytułem kawałki mięska z sosem i kopytkami. Liczyłem na jakąś surówkę, czy chociaż wystrój talerza, ale widać przeliczyłem się srodze. W smaku nie było złe, nie można się bardzo przyczepić, ale bez szału. Nie wiem, jak reszta dań, w sieci ludzie zachwycają się krewetkami w sosie czosnkowym, ale nie pamiętam tej potrawy w menu. Nie wiem, pewnie nie sprawdzę, bo raczej nie wrócę. Co i Wam polecam.
PS: Wyjeżdżam na 2 tygodnie do Murzasichla, więc na razie nie oczekujcie żadnych notek. Poza tym trochę mi się zdjęcia kończą, a tu zima szaleje, czasu nie mam na łowy i kurka, kicha :) Ale nic to, damy radę!! Do zobaczenia za 2 tygodnie.
Natknąłem się na nią dość przypadkiem, a że głodny byłem i koniecznie chciałem coś zjeść, to wszedłem. Wejście aspiruje do grona restauracji szlachetnych, wchodzi się przez przedsionek na stolik z menu i bar. Z przedsionka restauracja robi wrażenie eleganckiej i drogiej, więc lekko się speszyłem. Zajrzałem jednak do menu i stwierdziłem, że wcale nie jest źle! Usiadłem więc i przestudiowałem, co można by tu wrzucić na ząb. Kuchnia jest kontynentalna, czyli polsko-różnoraka, np. kaczka po staropolsku z kopytkami (35 zł), szynka pieczona w sosie szarym (15 zł), zraziki wołowe z kaszą i ogóreczkami kiszonymi (24 zł), sznycel po wiedeńsku (24 zł), pyry z gzikiem (9 zł), sandacz, makarony... Ogólnie karta naprawdę niezła. Zamówiłem beuff strogonoffa z kopytkami i czekając, rozejrzałem się po wnętrzu. No cóż, PRL-owska tandetna taniocha w połączeniu z antycznymi klimatami czyni wnętrze mało strawnym. Kelnerka może miała zły dzień, bo mało uśmiechnięta i taka raczej skwaszona - jak potem poczytałem w sieci okazało się, że to tamtejszy standard. Wreszcie dostałem zamówione danie, długo nie czekałem nawet. Talerz duży, na nim breja pod tytułem kawałki mięska z sosem i kopytkami. Liczyłem na jakąś surówkę, czy chociaż wystrój talerza, ale widać przeliczyłem się srodze. W smaku nie było złe, nie można się bardzo przyczepić, ale bez szału. Nie wiem, jak reszta dań, w sieci ludzie zachwycają się krewetkami w sosie czosnkowym, ale nie pamiętam tej potrawy w menu. Nie wiem, pewnie nie sprawdzę, bo raczej nie wrócę. Co i Wam polecam.
PS: Wyjeżdżam na 2 tygodnie do Murzasichla, więc na razie nie oczekujcie żadnych notek. Poza tym trochę mi się zdjęcia kończą, a tu zima szaleje, czasu nie mam na łowy i kurka, kicha :) Ale nic to, damy radę!! Do zobaczenia za 2 tygodnie.
środa, 6 stycznia 2010
WARSZAWJADALNIA - JADŁODAJNIA PANA CZESIA
ul. Słowackiego 6\8
To miejsce wyjątkowe w każdym calu i kompletnie unikatowe. Mieści się na tyłach Urzędu Dzielnicy Warszawa Żoliborz i prowadzone jest przez niesamowitego pana Czesia. Jadłodajnia działa już od wielu lat, początkowo była to jedynie stołówka dla pracowników urzędu, obecnie zjeść tu może każdy, kto wie, że taki przybytek sie tu znajduje. Jeszcze w zeszłym roku losy baru się wahały, pan Czesio władał dwiema salami: dużą i małą. Po remoncie ostała sie tylko mała, ale za to już bez siermiężnych mebelków i wytartego linoleum. Za to z tym samym słodko zrzędzącym panem Czesiem, panią Moniką z anielską cierpliwością znoszącą fochy szefa i resztą personelu. Pan Czesio jest zażywnym jegomościem z marsem na czole, potrafiącym zbesztać straszliwie zarówno personel, jak i klienta, zdarza mu sie zapomnieć o zamówieniu albo coś pomylić, ale co tam. Ten czlowiek to ikona. A jedzenie? O mamo, pyszniejszego befsztyka z ziemniaczkami to nie jadłem jak żyję... Czego się tam czlowiek nie chwyci, to pycha! Dwudaniowy obiad z kompotem załatwimy do 20 zł, nawet do 15 lub taniej, a jedzenia starcza. I codziennie menu się zmienia, ale generalnie można tam znaleźć 3 zupy, 2 ryby, mielone, kurczaki (pierś w kilku wersjach, czy nogi), schaboszczak zapiekany z serkiem i cebulką, wątróbeczka, do wyboru do koloru. Chodzę tam dość regularnie, chodzi ze mną cała żoliborska śmietanka, spotkacie tam indywidua i znane osoby. Pan Czesio cieszy się estymą świetnego szefa kuchni i wprawdzie okoliczne kebaby zabrały mu nieco klienteli, ale stali bywalcy zostali. Ja też. Jedno z moich ulubionych miejsc na szybki, tani i pyszny obiad.
To miejsce wyjątkowe w każdym calu i kompletnie unikatowe. Mieści się na tyłach Urzędu Dzielnicy Warszawa Żoliborz i prowadzone jest przez niesamowitego pana Czesia. Jadłodajnia działa już od wielu lat, początkowo była to jedynie stołówka dla pracowników urzędu, obecnie zjeść tu może każdy, kto wie, że taki przybytek sie tu znajduje. Jeszcze w zeszłym roku losy baru się wahały, pan Czesio władał dwiema salami: dużą i małą. Po remoncie ostała sie tylko mała, ale za to już bez siermiężnych mebelków i wytartego linoleum. Za to z tym samym słodko zrzędzącym panem Czesiem, panią Moniką z anielską cierpliwością znoszącą fochy szefa i resztą personelu. Pan Czesio jest zażywnym jegomościem z marsem na czole, potrafiącym zbesztać straszliwie zarówno personel, jak i klienta, zdarza mu sie zapomnieć o zamówieniu albo coś pomylić, ale co tam. Ten czlowiek to ikona. A jedzenie? O mamo, pyszniejszego befsztyka z ziemniaczkami to nie jadłem jak żyję... Czego się tam czlowiek nie chwyci, to pycha! Dwudaniowy obiad z kompotem załatwimy do 20 zł, nawet do 15 lub taniej, a jedzenia starcza. I codziennie menu się zmienia, ale generalnie można tam znaleźć 3 zupy, 2 ryby, mielone, kurczaki (pierś w kilku wersjach, czy nogi), schaboszczak zapiekany z serkiem i cebulką, wątróbeczka, do wyboru do koloru. Chodzę tam dość regularnie, chodzi ze mną cała żoliborska śmietanka, spotkacie tam indywidua i znane osoby. Pan Czesio cieszy się estymą świetnego szefa kuchni i wprawdzie okoliczne kebaby zabrały mu nieco klienteli, ale stali bywalcy zostali. Ja też. Jedno z moich ulubionych miejsc na szybki, tani i pyszny obiad.
niedziela, 13 grudnia 2009
RESTAURACJA BABALU - WARSZAWJADALNIA
ul. Kłopotowskiego 33
Z jedzeniem na Pradze jeszcze nie byliśmy, czas więc zacząć. Babalu mieści się na przeciwko hotelu Hetman, zaraz obok kina Nova Praha, więc przy okazji można tam sobie wstąpić. Bo niby czemu nie? Sala jest ogromna i co ciekawe, za 30 zł można jeść, ile wlezie. Stoliki i wystrój nowoczesne i skromne, w dobrym tego słowa znaczeniu, obsługa miła i uśmiechnięta. Wprawdzie są dania z karty, ale moim zdaniem najlepiej wydać te 30 zł i brać co się chce ze szwedzkiego stołu. A jest co brać!! Od pierożków, po różnego rodzaju mięsa, smazone, czy w sosie, jest zupa dnia i przewybór sałatek. Ale, ale. Warto zachować sporo miejsca na danie z woka! Do dyspozycji mamy całe stoisko, aby skomponować sobie składniki do woka według naszego własnego uznania. Następnie zanosimy naszą kompozycję uśmiechniętemu panu o mocno południowej proweniencji za wokiem i on nam to wokuje. Danie płonie, pan się uśmiecha, podrzuca, szał ciał. A do tego wybieramy jeszcze sos do woka, a jest ich 6 różnych. Smakuje to naprawdę wyśmienicie. Kuchnia polska, śródziemnomorska i orientalna w jednym, czyli co kto chce. Napoje zamawia się dodatkowo, jest duży wybór. Restauracja działa w formie kuchni fusion już prawie 3-ci rok i ma się całkiem dobrze, tym bardziej, że można tu zorganizować imprezę na 230 osób! Miejsce rzeczywiście godne polecenia.
Z jedzeniem na Pradze jeszcze nie byliśmy, czas więc zacząć. Babalu mieści się na przeciwko hotelu Hetman, zaraz obok kina Nova Praha, więc przy okazji można tam sobie wstąpić. Bo niby czemu nie? Sala jest ogromna i co ciekawe, za 30 zł można jeść, ile wlezie. Stoliki i wystrój nowoczesne i skromne, w dobrym tego słowa znaczeniu, obsługa miła i uśmiechnięta. Wprawdzie są dania z karty, ale moim zdaniem najlepiej wydać te 30 zł i brać co się chce ze szwedzkiego stołu. A jest co brać!! Od pierożków, po różnego rodzaju mięsa, smazone, czy w sosie, jest zupa dnia i przewybór sałatek. Ale, ale. Warto zachować sporo miejsca na danie z woka! Do dyspozycji mamy całe stoisko, aby skomponować sobie składniki do woka według naszego własnego uznania. Następnie zanosimy naszą kompozycję uśmiechniętemu panu o mocno południowej proweniencji za wokiem i on nam to wokuje. Danie płonie, pan się uśmiecha, podrzuca, szał ciał. A do tego wybieramy jeszcze sos do woka, a jest ich 6 różnych. Smakuje to naprawdę wyśmienicie. Kuchnia polska, śródziemnomorska i orientalna w jednym, czyli co kto chce. Napoje zamawia się dodatkowo, jest duży wybór. Restauracja działa w formie kuchni fusion już prawie 3-ci rok i ma się całkiem dobrze, tym bardziej, że można tu zorganizować imprezę na 230 osób! Miejsce rzeczywiście godne polecenia.
poniedziałek, 30 listopada 2009
RESTAURACJA LANSE - WARSZAWJADALNIA
pl. Konstytucji 1
Ta restauracja działa już od kilku lat w MDM-ie, od strony Marszałkowskie. Trochę wejście jest zakamuflowane, ale jak ktoś wie, to nie przegapi drzwi za kupą drewna... Restauracja lansuje kuchnię młodości, reklamują się, że mają starannie przeliczone kalorie i inne wartości odżywcze - jednym słowem, samo zdrowie. To dwa słowa, nie ważne.
Po tak przerażającym wstępie, większość przestaje czytać, bo to kojarzy się głównie z kiełkami i kotletami sojowymi... E tam. Ale po kolei. Po wejściu nie bardzo wiadomo, co o tym myśleć. Sala dość ciemna, pełna gipsowej tandety wijącej się po ścianach, i wśród tego, pasujące do tego jak pięść do oka drewniane daszki i maszkarony. W głębi poniżej jest jeszcze jedna sala, o wystroju bardziej stonowanym. No ale nic to, reakcja obsługi na wejście jest natychmiastowa i siadamy z menu przy stoliku. W menu znajdziemy coś dla każdego, i cenowo i smakowo, choć przyznam, że smakowo jest dość... oryginalnie. Są urocze i spore sałatki do 20 zł, np. zestaw sałat z bakaliami, marynowaną piersią kurczakai cząstkami cytrusów w sosie miodowo-balsamicznym... Jako danie główne szczególnie polecam polędwiczki św. Huberta w sosie z leśnych grzybów i kopytkami i mixem sałat, albo polędwiczki faszerowane suszonymi pomidorami na sosie kurkowym i z włoskimi kluseczkami. Pyszota, naprawdę. Są też ryby, pasty, desery, wina i drinki, do wyboru do koloru.
Wystrój może nie przyciąga, ale kuchnia, przyznam, jest wyborna i jest to jedna z moich ulubionych restauracji, lubię się tam czasem przylansować, co i Wam polecam... Zestawy smakowe czasem są dość specyficzne, ale nie należy się zrażać, tylko zamawiać i jeść. Chapeau bas dla szefa kuchni, palce lizać !!
Ta restauracja działa już od kilku lat w MDM-ie, od strony Marszałkowskie. Trochę wejście jest zakamuflowane, ale jak ktoś wie, to nie przegapi drzwi za kupą drewna... Restauracja lansuje kuchnię młodości, reklamują się, że mają starannie przeliczone kalorie i inne wartości odżywcze - jednym słowem, samo zdrowie. To dwa słowa, nie ważne.
Po tak przerażającym wstępie, większość przestaje czytać, bo to kojarzy się głównie z kiełkami i kotletami sojowymi... E tam. Ale po kolei. Po wejściu nie bardzo wiadomo, co o tym myśleć. Sala dość ciemna, pełna gipsowej tandety wijącej się po ścianach, i wśród tego, pasujące do tego jak pięść do oka drewniane daszki i maszkarony. W głębi poniżej jest jeszcze jedna sala, o wystroju bardziej stonowanym. No ale nic to, reakcja obsługi na wejście jest natychmiastowa i siadamy z menu przy stoliku. W menu znajdziemy coś dla każdego, i cenowo i smakowo, choć przyznam, że smakowo jest dość... oryginalnie. Są urocze i spore sałatki do 20 zł, np. zestaw sałat z bakaliami, marynowaną piersią kurczakai cząstkami cytrusów w sosie miodowo-balsamicznym... Jako danie główne szczególnie polecam polędwiczki św. Huberta w sosie z leśnych grzybów i kopytkami i mixem sałat, albo polędwiczki faszerowane suszonymi pomidorami na sosie kurkowym i z włoskimi kluseczkami. Pyszota, naprawdę. Są też ryby, pasty, desery, wina i drinki, do wyboru do koloru.
Wystrój może nie przyciąga, ale kuchnia, przyznam, jest wyborna i jest to jedna z moich ulubionych restauracji, lubię się tam czasem przylansować, co i Wam polecam... Zestawy smakowe czasem są dość specyficzne, ale nie należy się zrażać, tylko zamawiać i jeść. Chapeau bas dla szefa kuchni, palce lizać !!
poniedziałek, 16 listopada 2009
RESTAURACJA KANTON - WARSZAWJADALNIA
ul. Złota 9
Restauracja afiszuje się jako najlepsza chińska restauracja w mieście, więc wiadomo, że musiałem to sprawdzić, prawda?? Na wejściu wita nas chińskie wnętrze, na tyle, że laik z drugiego końca świata na pewno będzie zadowolony. Poza tym, co ważniejsze, muzyka to nie RMF FM czy disco banjo, tylko zwyczajna chińska muzyka. W menu spory wybór, od zup, przez sałatki, ryby i dania wegetariańskie do deserów. I co my tu mamy? Skwierczący kurczak z bakłażanem w sosie czosnkowym z ryżem (całkiem, całkiem!) za 26 zł,Smażony kurczak z orzechami nerkowca i warzywami za 22 zł, Golonka po kantońsku z warzywami i bambusem za 27 zł,Skwierczące krewetki po seczuańsku z warzywami, bambusem i grzybami shitaki na ostro za 40 zł,Smażone warzywa z grzybami shitaki za 20 zł i różniste inne. Kiedyś był jeszcze kurczak w owocach liczi i szkoda, że go nie ma już w zestawie, bo był grzechu warty :) Jak widać, ceny mocno przystępne, ilości wystarczające. Obsługa polska i miła, w kuchni za to Azjaci i chyba o to chodzi w takich lokalach. Co więcej, mają też dania na wynos! Nie jest to NAJLEPSZA chińska \ azjatycka restauracja, ale na pewno bardzo dobra i nie będziecie rozczarowani po wizycie w Kantonie...
Restauracja afiszuje się jako najlepsza chińska restauracja w mieście, więc wiadomo, że musiałem to sprawdzić, prawda?? Na wejściu wita nas chińskie wnętrze, na tyle, że laik z drugiego końca świata na pewno będzie zadowolony. Poza tym, co ważniejsze, muzyka to nie RMF FM czy disco banjo, tylko zwyczajna chińska muzyka. W menu spory wybór, od zup, przez sałatki, ryby i dania wegetariańskie do deserów. I co my tu mamy? Skwierczący kurczak z bakłażanem w sosie czosnkowym z ryżem (całkiem, całkiem!) za 26 zł,Smażony kurczak z orzechami nerkowca i warzywami za 22 zł, Golonka po kantońsku z warzywami i bambusem za 27 zł,Skwierczące krewetki po seczuańsku z warzywami, bambusem i grzybami shitaki na ostro za 40 zł,Smażone warzywa z grzybami shitaki za 20 zł i różniste inne. Kiedyś był jeszcze kurczak w owocach liczi i szkoda, że go nie ma już w zestawie, bo był grzechu warty :) Jak widać, ceny mocno przystępne, ilości wystarczające. Obsługa polska i miła, w kuchni za to Azjaci i chyba o to chodzi w takich lokalach. Co więcej, mają też dania na wynos! Nie jest to NAJLEPSZA chińska \ azjatycka restauracja, ale na pewno bardzo dobra i nie będziecie rozczarowani po wizycie w Kantonie...
piątek, 23 października 2009
SPOCO LOCO - WARSZAWJADALNIA
ul. Szadkowskiego 5
Jakiś czas temu, w budzie na rogu Wrocławskiej i Szadkowskiego, pojawił się nowy bar z szyldem Spoco Loco - kuchnia meksykańska. Szczerze powiem, wahałem się. Wahałem się parę miesięcy, aż wreszcie wdepnąłem. Buda jak buda, meksykański fast food? Cóż, no może. Reklamują się tym, że mówią 'dość podłym kebabom'!! Tylko prawdziwe żarcie!! No faktycznie, żarcie przygotowywane świeżutko na miejscu. Trzy stoliki zaledwie, ale tłumów nie ma. Kolesie z obsługi, pewnie sami właściciele, młodzi i sympatyczni. Do wyboru quesadilla, tortilla ziemniaki z mięsem i inne przysmaki kuchni meksykańskiej. Do tego sosiki w ostrości od 1 do 7, przy czym 4 już jest niezłe, nie wiem, czy ktokolwiek zdobywa się na 7... Muszę przyznać, że za niecałe 20 zł z napojem (no piwa nie ma:P) można się konkretnie najeść i mnie osobiście to smakuje strasznie! Sama buda jest dość obskurna i bez pomysłu, ale jedzenie na prawdę spoko loko. Jak kto nie chce ogladać budy, zawsze można wziąć na wynos, nie?? No jak dla mnie naprawdę w porządku miejscówka.
Jakiś czas temu, w budzie na rogu Wrocławskiej i Szadkowskiego, pojawił się nowy bar z szyldem Spoco Loco - kuchnia meksykańska. Szczerze powiem, wahałem się. Wahałem się parę miesięcy, aż wreszcie wdepnąłem. Buda jak buda, meksykański fast food? Cóż, no może. Reklamują się tym, że mówią 'dość podłym kebabom'!! Tylko prawdziwe żarcie!! No faktycznie, żarcie przygotowywane świeżutko na miejscu. Trzy stoliki zaledwie, ale tłumów nie ma. Kolesie z obsługi, pewnie sami właściciele, młodzi i sympatyczni. Do wyboru quesadilla, tortilla ziemniaki z mięsem i inne przysmaki kuchni meksykańskiej. Do tego sosiki w ostrości od 1 do 7, przy czym 4 już jest niezłe, nie wiem, czy ktokolwiek zdobywa się na 7... Muszę przyznać, że za niecałe 20 zł z napojem (no piwa nie ma:P) można się konkretnie najeść i mnie osobiście to smakuje strasznie! Sama buda jest dość obskurna i bez pomysłu, ale jedzenie na prawdę spoko loko. Jak kto nie chce ogladać budy, zawsze można wziąć na wynos, nie?? No jak dla mnie naprawdę w porządku miejscówka.
niedziela, 4 października 2009
RESTAURACJA ULICA
ul. Kondratowicza 22
Dawno nic w tymże cyklu nie wypisywałem, więc myślę, że nadszedł odpowiedni czas na kolejny lokal. Mieści się on w bezpośrednim pobliżu Ratusza Warszawa Targówek, w przyziemiu nowego bloku. Wystrój wnętrza ma kojarzyć się z tytułową ulicą i słusznie, kojarzy się. Według mnie jest nieco tandetny, trochę wygląda jakby ktoś na siłę chciał namalować włoską, klimatyczną uliczkę, ale nigdy tam nie był... Po lokalu porozstawiane są "uliczne" latarnie, pod sufitem wiszą balkony "kamienic", no ogólnie tandetnie, choć do przeżycia, bo tandeta nie jest nachalna. Po zerknięciu w menu, dowiadujemy się, że kuchnia jest raczej międzynarodowa, z lekkim wskazaniem na włoską. Ceny przystępne, by nie rzec całkiem w porządku, bo za trzyosobowy obiad z jednego dania i napoi nie zapłaciliśmy 110 zł. Co więcej, porcje były akuratne, a jedzenie całkiem smaczne. To znaczy, bez szału, ale gdyby ktoś był przypadkiem w pobliżu i zrobiło mu się głodno, śmiało może tu wejść i przyjąć obiad, źle na pewno nie będzie. Trochę jest to lokal na piwko i ewentualnie pizzę, ale i obiad można, czemu by nie. Poprawnie ze sporym plusem.
Dawno nic w tymże cyklu nie wypisywałem, więc myślę, że nadszedł odpowiedni czas na kolejny lokal. Mieści się on w bezpośrednim pobliżu Ratusza Warszawa Targówek, w przyziemiu nowego bloku. Wystrój wnętrza ma kojarzyć się z tytułową ulicą i słusznie, kojarzy się. Według mnie jest nieco tandetny, trochę wygląda jakby ktoś na siłę chciał namalować włoską, klimatyczną uliczkę, ale nigdy tam nie był... Po lokalu porozstawiane są "uliczne" latarnie, pod sufitem wiszą balkony "kamienic", no ogólnie tandetnie, choć do przeżycia, bo tandeta nie jest nachalna. Po zerknięciu w menu, dowiadujemy się, że kuchnia jest raczej międzynarodowa, z lekkim wskazaniem na włoską. Ceny przystępne, by nie rzec całkiem w porządku, bo za trzyosobowy obiad z jednego dania i napoi nie zapłaciliśmy 110 zł. Co więcej, porcje były akuratne, a jedzenie całkiem smaczne. To znaczy, bez szału, ale gdyby ktoś był przypadkiem w pobliżu i zrobiło mu się głodno, śmiało może tu wejść i przyjąć obiad, źle na pewno nie będzie. Trochę jest to lokal na piwko i ewentualnie pizzę, ale i obiad można, czemu by nie. Poprawnie ze sporym plusem.
sobota, 25 lipca 2009
WARSZAWJADALNIA - RESTAURACJA STREET
al. Jana Pawła II 82 - C.H. Arkadia
W zasadzie nie uczęszczam do knajp w centrach handlowych, ale tym razem byłem głodny i miałem po drodze. No to wlazłem. Wnętrze z ulicą ma niewiele wspólnego, ale stoliki są poukrywane i zaciszne, a obsługa szybko interesuje się wchodzącym klientem. Street dlatego, że jest to knajpa tematyczna: wyścigi samochodowe. No to zasiadłem przy stoliku. Fotele koloru ecru lub czerwonym, wnętrze dość ciemne, nowocześnie urządzone - czekając na danie rozejrzałem się po obiekcie. No i przestudiowałem menu. Potrawy raczej kuchni śródziemnomorskiej, sporo past, ciabat, tortilli, owoce morza, ale także swojskie pierogi i naleśniki. Ja ze swej strony zamówiłem sobie mięsiwo z grilla, bo też jest spory wybór. Ceny przystępne - raczej nie przekraczają 35 złych. Tym bardziej, że jak sie okazało, porcje są dość treściwe: na drewnianej desce dostałem kawał mięcha na masie kiełków i liściach mniejszych gatunków sałat, do tego dobre ziemniaczki zapiekane. Muszę przyznać, że mi smakowało! Tak więc, będąc w Arkadii na zakupach, nie idźcie na 1. piętro do tych badziewnych fast foodów, zajrzyjcie do Street i zjedzcie dobry obiad, jeśli znajdziecie miejsce, bo lokal bywa oblegany :)
W zasadzie nie uczęszczam do knajp w centrach handlowych, ale tym razem byłem głodny i miałem po drodze. No to wlazłem. Wnętrze z ulicą ma niewiele wspólnego, ale stoliki są poukrywane i zaciszne, a obsługa szybko interesuje się wchodzącym klientem. Street dlatego, że jest to knajpa tematyczna: wyścigi samochodowe. No to zasiadłem przy stoliku. Fotele koloru ecru lub czerwonym, wnętrze dość ciemne, nowocześnie urządzone - czekając na danie rozejrzałem się po obiekcie. No i przestudiowałem menu. Potrawy raczej kuchni śródziemnomorskiej, sporo past, ciabat, tortilli, owoce morza, ale także swojskie pierogi i naleśniki. Ja ze swej strony zamówiłem sobie mięsiwo z grilla, bo też jest spory wybór. Ceny przystępne - raczej nie przekraczają 35 złych. Tym bardziej, że jak sie okazało, porcje są dość treściwe: na drewnianej desce dostałem kawał mięcha na masie kiełków i liściach mniejszych gatunków sałat, do tego dobre ziemniaczki zapiekane. Muszę przyznać, że mi smakowało! Tak więc, będąc w Arkadii na zakupach, nie idźcie na 1. piętro do tych badziewnych fast foodów, zajrzyjcie do Street i zjedzcie dobry obiad, jeśli znajdziecie miejsce, bo lokal bywa oblegany :)
poniedziałek, 1 czerwca 2009
WARSZAWJADALNIA - POLSKIE JADŁO
al. Jerozolimskie 30
Nie chcący wlazłem kiedyś głodny do tego przybytku, i wcale nie wiedziałem, że to sieciówka tego kolesia od Sphinxa. Kiedy tam wszedłem, poczułem się jak w kurnej chacie: przaśny wystrój, kelnerzy w chałatach, drewniane ławy i piec do wyrabiania bułeczek. Zasiadłem wygodnie i zaraz dostałem kartę. Wybór dość ciekawy, dania głównie polskie, choć rzekłbym raczej słowiańskie, jednak bez przesady. Jest bigos, golonka, ale są i inne rzeczy, nie koniecznie akurat ciężkie, tłuste i kapuściane. Wjechała za moment przystawka: pyszna buła z solą i kminkiem z rewelacyjnym masełkiem czosnkowym. Nastroiło mnie to wybitnie i kiedy dostałem szaszłyk nabity na szablę z opiekanymi ziemniaczkami pod spodem, o mało nie oszalałem ze szczęścia. Tym bardziej, że danie okazało się naprawdę super. Wracałem tu jeszcze parę razy na pierogi czy olbrzymi kotlet schabowy z boczkiem, serem i pieczarkami i będę powracał. Ceny są niezwykle przystępne, do 30-40 zł za obiad z piwkiem (Tyskie, Dębowe), no chyba że kotlet z dzika, to już samo mięso za 45. Tak więc, jest to miejsce, które mogę z czystym sercem polecić, choć czytałem bardzo niepochlebne recenzje z okresu zaraz po otwarciu. Na szczęście recenzje czytam PO wizycie w lokalu, a nie przed, coby sie nie uprzedzać. Świetna miejscówka.
Nie chcący wlazłem kiedyś głodny do tego przybytku, i wcale nie wiedziałem, że to sieciówka tego kolesia od Sphinxa. Kiedy tam wszedłem, poczułem się jak w kurnej chacie: przaśny wystrój, kelnerzy w chałatach, drewniane ławy i piec do wyrabiania bułeczek. Zasiadłem wygodnie i zaraz dostałem kartę. Wybór dość ciekawy, dania głównie polskie, choć rzekłbym raczej słowiańskie, jednak bez przesady. Jest bigos, golonka, ale są i inne rzeczy, nie koniecznie akurat ciężkie, tłuste i kapuściane. Wjechała za moment przystawka: pyszna buła z solą i kminkiem z rewelacyjnym masełkiem czosnkowym. Nastroiło mnie to wybitnie i kiedy dostałem szaszłyk nabity na szablę z opiekanymi ziemniaczkami pod spodem, o mało nie oszalałem ze szczęścia. Tym bardziej, że danie okazało się naprawdę super. Wracałem tu jeszcze parę razy na pierogi czy olbrzymi kotlet schabowy z boczkiem, serem i pieczarkami i będę powracał. Ceny są niezwykle przystępne, do 30-40 zł za obiad z piwkiem (Tyskie, Dębowe), no chyba że kotlet z dzika, to już samo mięso za 45. Tak więc, jest to miejsce, które mogę z czystym sercem polecić, choć czytałem bardzo niepochlebne recenzje z okresu zaraz po otwarciu. Na szczęście recenzje czytam PO wizycie w lokalu, a nie przed, coby sie nie uprzedzać. Świetna miejscówka.
piątek, 15 maja 2009
WARSZAWJADALNIA - U SZWEJKA
pl. Konstytucji 1
Wiedziony lekkim głodem i opiniami pełnymi zachwytu, udałem się pewnego dnia do Szwejka na obiad. Przyznam, że miejsce ciężko mi było znaleźć, ale udało się. Dizajn wnętrza zachęcający, od razu nasuwa skojarzenia z rodajem kuchni. Wiszą czeskie tablice, carsko-królewskie napisy, ściany wytapetowano czeskimi gazetami... No klimat przaśno-szwejkowy. Zadowolony usiadłem i zamówiłem sobie placek po zbójnicku i oczywiście piwo i czekałem. Dostałem zaraz zakąskę: chlebuś z dwoma rodzajami past. Przyznam, że średnie, no ale co tam, nie na zakąskę się tu przychodzi, tylko na danie główne. No i dostałem. Placki po węgiersku lubię, jadlem ich sporo i mam porównanie. Otóż tamtejszy placek jest mocno średni... Surówka z kapusty również. Wszystko tłuste, oleiste i gęste... W Czechach byłem parę razy, jadałem miejscowe rzeczy w różnych częściach kraju, owszem, były podobne w stylu, ale trochę lepiej smakowały. Tutaj to było takie ciężkie i jadło się to niesympatycznie. Szczególnie z jakimiś babami za plecami, które na cały regulator obrabiały tyłek kilku osobom. Mam przedziwne wrażenie, że knajpa jedzie na dawnej świetności i poleciała dawno na ilość, a nie jakość. odniosłem wrażenie bylejakości i pośpiechu, więc jeśli to ma być restauracja na szybko, to pójdę do Sphinxa, taniej i dużo smaczniej. Jedyne, co warto zaznaczyc na plus, to wnętrze, jeśli zamówi się stolik grupą, to na pewno ma klimat, szczególnie, jesli się weźmie litrowe kufle i duży, oddzielny stolik, no i jak dostaniesz mandat, restauracja zaprasza na darmową kolację, za okazaniem owego mandatu. To jest fajne :) Knajpa na spotkania piwno-grupowe i dla fanatyków tłustej, siermiężnej czeskiej kuchni. Ja dziękuję, na obiad pójdę gdzie indziej. Wejdę najwyżej na piwo ze znajomymi, choć mają tylko Tyskie i Pilsner Urquell, którego nie znoszę...
Wiedziony lekkim głodem i opiniami pełnymi zachwytu, udałem się pewnego dnia do Szwejka na obiad. Przyznam, że miejsce ciężko mi było znaleźć, ale udało się. Dizajn wnętrza zachęcający, od razu nasuwa skojarzenia z rodajem kuchni. Wiszą czeskie tablice, carsko-królewskie napisy, ściany wytapetowano czeskimi gazetami... No klimat przaśno-szwejkowy. Zadowolony usiadłem i zamówiłem sobie placek po zbójnicku i oczywiście piwo i czekałem. Dostałem zaraz zakąskę: chlebuś z dwoma rodzajami past. Przyznam, że średnie, no ale co tam, nie na zakąskę się tu przychodzi, tylko na danie główne. No i dostałem. Placki po węgiersku lubię, jadlem ich sporo i mam porównanie. Otóż tamtejszy placek jest mocno średni... Surówka z kapusty również. Wszystko tłuste, oleiste i gęste... W Czechach byłem parę razy, jadałem miejscowe rzeczy w różnych częściach kraju, owszem, były podobne w stylu, ale trochę lepiej smakowały. Tutaj to było takie ciężkie i jadło się to niesympatycznie. Szczególnie z jakimiś babami za plecami, które na cały regulator obrabiały tyłek kilku osobom. Mam przedziwne wrażenie, że knajpa jedzie na dawnej świetności i poleciała dawno na ilość, a nie jakość. odniosłem wrażenie bylejakości i pośpiechu, więc jeśli to ma być restauracja na szybko, to pójdę do Sphinxa, taniej i dużo smaczniej. Jedyne, co warto zaznaczyc na plus, to wnętrze, jeśli zamówi się stolik grupą, to na pewno ma klimat, szczególnie, jesli się weźmie litrowe kufle i duży, oddzielny stolik, no i jak dostaniesz mandat, restauracja zaprasza na darmową kolację, za okazaniem owego mandatu. To jest fajne :) Knajpa na spotkania piwno-grupowe i dla fanatyków tłustej, siermiężnej czeskiej kuchni. Ja dziękuję, na obiad pójdę gdzie indziej. Wejdę najwyżej na piwo ze znajomymi, choć mają tylko Tyskie i Pilsner Urquell, którego nie znoszę...
poniedziałek, 4 maja 2009
WARSZAWJADALNIA - BAR A BOO
ul. Karmelicka 17
Położenie i wygląd są na tyle ciekawe, że postanowiłem sprawdzić tę lokację. Bar - restauracja, serwująca dania kuchni włoskiej mieści się za wielkimi oknami wychodzącymi na skwer Willy Brandta. W wąskim pomieszczeniu stoją dwa rzędy stolików, dizajnerskie wnętrze, za szybą na przeciwko witryn uwijają się kucharze. Pierwsze wrażenie bardzo na plus. Po zetknięciu z kartą uczucia poczęły się mieszać. Wybór smaków i dań bardzo w porządku, natomiast ceny lekko wysokogórskie... No nic, skoro wleźliśmy z żoną, to nie wyjdziemy, póki nie sprawdzimy do końca! Żona zamówiła gnocchi z brokułami i sosem serowym, a ja spaghetti z owocami morza. Gnocchi były naprawdę świetne, ze spaghetti nieco gorzej, ale nie najgorsze. Najgorsze było to, że jak na swą cenę (40-60 zł) to porcje były ledwo lunchowe i nie powiem, abym się najadł... Miejsce do polecenia tym, którzy cenią sobie snobizm i klimat, a także mają za dużo pieniędzy. Pomijam już akcję, że facet stolik dalej przewijał niemowlę na kanapie bez ceregieli... No cóż, jak dla mnie za dużo zadęcia i drogich fur ze słomą w butach, ale to może moje prywatne wrażenie...
Położenie i wygląd są na tyle ciekawe, że postanowiłem sprawdzić tę lokację. Bar - restauracja, serwująca dania kuchni włoskiej mieści się za wielkimi oknami wychodzącymi na skwer Willy Brandta. W wąskim pomieszczeniu stoją dwa rzędy stolików, dizajnerskie wnętrze, za szybą na przeciwko witryn uwijają się kucharze. Pierwsze wrażenie bardzo na plus. Po zetknięciu z kartą uczucia poczęły się mieszać. Wybór smaków i dań bardzo w porządku, natomiast ceny lekko wysokogórskie... No nic, skoro wleźliśmy z żoną, to nie wyjdziemy, póki nie sprawdzimy do końca! Żona zamówiła gnocchi z brokułami i sosem serowym, a ja spaghetti z owocami morza. Gnocchi były naprawdę świetne, ze spaghetti nieco gorzej, ale nie najgorsze. Najgorsze było to, że jak na swą cenę (40-60 zł) to porcje były ledwo lunchowe i nie powiem, abym się najadł... Miejsce do polecenia tym, którzy cenią sobie snobizm i klimat, a także mają za dużo pieniędzy. Pomijam już akcję, że facet stolik dalej przewijał niemowlę na kanapie bez ceregieli... No cóż, jak dla mnie za dużo zadęcia i drogich fur ze słomą w butach, ale to może moje prywatne wrażenie...
czwartek, 16 kwietnia 2009
WARSZAWJADALNIA - BORUTA
ul. Freta 38
Jest to lokal na rogu rynku Nowego Miasta, położony tak, że lepiej ciężko znaleźć lokalizację. Podzielony jest w okresie wiosenno-jesiennym na dwie części: wewnątrz lokalu, jest to część bardziej oficjalna i napuszona, i część ogródkowa, mniej oficjalna z fajowymi stolikami na rolkach, gdzie można się pobujać. Oczywiście zasiadłem pod chmurką, panowie kelnerzy bardzo mili, choć lekko zdegustowało mnie to, że jeden położył sztućce bezpośrednio na obrusie, nie pierwszej czystości, jak to na zewnątrz bywa... W karcie od kotletów z rekina, przez pstrąga i sandacza do dziczyzny, przechodząc przez bardziej tradycyjne potrawy. Ceny do przeżycia, w przedziale 30-50. Zamówiłem polędwiczki w sosie pieprzowym z sałatą z mixem dipów, przyznam, że pyszota, a i porcja w zupełności wystarczająca. Żona zjadła sznycla 'z ulicy Freta', z sadzonym jajeczkiem i warzywami gotowanymi z sezamem i wcale nie było gorsze. Naprawdę miejsce godne polecenia, jedynym minusem dla mnie było piwo Żywiec po 9 zł... Lekka przesada niestety. No ale nic to, do przeżycia. Lokal godny wstąpienia, można się czasem szarpnąć, tutaj warto!
Jest to lokal na rogu rynku Nowego Miasta, położony tak, że lepiej ciężko znaleźć lokalizację. Podzielony jest w okresie wiosenno-jesiennym na dwie części: wewnątrz lokalu, jest to część bardziej oficjalna i napuszona, i część ogródkowa, mniej oficjalna z fajowymi stolikami na rolkach, gdzie można się pobujać. Oczywiście zasiadłem pod chmurką, panowie kelnerzy bardzo mili, choć lekko zdegustowało mnie to, że jeden położył sztućce bezpośrednio na obrusie, nie pierwszej czystości, jak to na zewnątrz bywa... W karcie od kotletów z rekina, przez pstrąga i sandacza do dziczyzny, przechodząc przez bardziej tradycyjne potrawy. Ceny do przeżycia, w przedziale 30-50. Zamówiłem polędwiczki w sosie pieprzowym z sałatą z mixem dipów, przyznam, że pyszota, a i porcja w zupełności wystarczająca. Żona zjadła sznycla 'z ulicy Freta', z sadzonym jajeczkiem i warzywami gotowanymi z sezamem i wcale nie było gorsze. Naprawdę miejsce godne polecenia, jedynym minusem dla mnie było piwo Żywiec po 9 zł... Lekka przesada niestety. No ale nic to, do przeżycia. Lokal godny wstąpienia, można się czasem szarpnąć, tutaj warto!
piątek, 27 marca 2009
WARSZAWJADALNIA - RESTAURACJA GROTA
ul. Głębocka 15, C.H. Targówek
W związku z prawie absolutną pustynią gastronomiczną na Bródnie (nie liczę sieciowych pizzerii, paru kebabów i restauracji Milano czy jeszcze PRL-owskiej mordowni Kacperek) warto może ogarnąć to, co mają do zaproponowania centra handlowe. Na Głębockiej z rok temu otwarto restaurację Grota. Wystrój tandetno-papierowo-jaskiniowy, ale co tam. W menu głównie dania grillowane, mięsa i warzywa. Ceny - przeciętne, w sumie na każdą kieszeń. Wybór - da radę, głównie, jak już wspomniałem, grillowato. Smak? Cóż, zjedliśmy i nawet się najedliśmy, choć bez przesytu. Co do samego smaku potraw, to najlepiej określę, jeśli powiem: "może być".
Obsługa miła, dania wjeżdżają dość szybko (hmmm... ruchu prawie w ogóle...), zdziwił mnie tylko paragon wypisany ręcznie... No ale cóż... Czy polecam? Jak by to... Byłem tam 2 razy: pierwszy i ostatni... Nie bylo tragicznie, ale to zdecydowanie ledwo 2 liga...
W związku z prawie absolutną pustynią gastronomiczną na Bródnie (nie liczę sieciowych pizzerii, paru kebabów i restauracji Milano czy jeszcze PRL-owskiej mordowni Kacperek) warto może ogarnąć to, co mają do zaproponowania centra handlowe. Na Głębockiej z rok temu otwarto restaurację Grota. Wystrój tandetno-papierowo-jaskiniowy, ale co tam. W menu głównie dania grillowane, mięsa i warzywa. Ceny - przeciętne, w sumie na każdą kieszeń. Wybór - da radę, głównie, jak już wspomniałem, grillowato. Smak? Cóż, zjedliśmy i nawet się najedliśmy, choć bez przesytu. Co do samego smaku potraw, to najlepiej określę, jeśli powiem: "może być".
Obsługa miła, dania wjeżdżają dość szybko (hmmm... ruchu prawie w ogóle...), zdziwił mnie tylko paragon wypisany ręcznie... No ale cóż... Czy polecam? Jak by to... Byłem tam 2 razy: pierwszy i ostatni... Nie bylo tragicznie, ale to zdecydowanie ledwo 2 liga...
wtorek, 17 marca 2009
WARSZAWJADALNIA - HONEY
ul. Reymonta 12
Knajpa mieści się na antresoli pawilonu handlowo-usługowego sprzed ok. 40 lat, ale nie powinno nas to odstraszać. Tym bardziej, że ostatnio zrobili gruntowny remont. Wiele razy mijałem tę restaurację, słyszałem trochę pochlebnych recenzji, proste zatem, że postanowiłem sprawdzić ją organoleptycznie. Wnętrze dość spokojne, dyskretne ozdoby, ogólnie przyjemnie, szczególnie stoliki i krzesła. Zająłem miejsce i tu pierwszy zgrzyt: kelnerka, chyba młoda i niedoświadczona, w każdym razie sprawiała wrażenie osoby na prochach... No nic, ważne, że ogarnęła co trzeba... W menu spory wybór, od włoskich past, przez grillowane mięsa, ryby sałatki... Mają nawet specjalne menu dla dzieci, zreszta sporo progenitury sie tam pętało pomiędzy dorosłymi. Ceny?? Hmmm... od 23 (pasty) do ok. 50. Przyjąłem polędwiczki wieprzowe w sosie balsamico z pieczonymi ziemniakami z boczkiem i na czosnkowej cukinii. 35 zł mnie nie przeraziło bo propozycja do mnie przemówiła. Troszkę musiałem na to czekać, przyznam. I dostałem ładnie przybrany talerz. Wyglądało cudownie, szkoda, że porcja mnie nie powaliła wielkością... No i zacząłem jeść... I przyznam, że smakowalo naprawdę przednio!
Podsumowując, jest to całkiem niezłe miejsce na... lunch. Jeśli chcesz się najeść, to NIE TU. Szczególnie, że cena obliczona jest nie wg ilości, tylko jakości, no ale ja się nie najadłem. To znaczy nasyciłem , ale do pełni ukontentowania zabrakło z jednej polędwiczki. Jeśli lubisz zjeść dużo, i dobrze, wydasz sporo kasy. Jeśli masz mały apetyt, spokojnie możesz tu przyjść, będzie smakować. Ale 50 zł za lunch?? Hmmm...
Knajpa mieści się na antresoli pawilonu handlowo-usługowego sprzed ok. 40 lat, ale nie powinno nas to odstraszać. Tym bardziej, że ostatnio zrobili gruntowny remont. Wiele razy mijałem tę restaurację, słyszałem trochę pochlebnych recenzji, proste zatem, że postanowiłem sprawdzić ją organoleptycznie. Wnętrze dość spokojne, dyskretne ozdoby, ogólnie przyjemnie, szczególnie stoliki i krzesła. Zająłem miejsce i tu pierwszy zgrzyt: kelnerka, chyba młoda i niedoświadczona, w każdym razie sprawiała wrażenie osoby na prochach... No nic, ważne, że ogarnęła co trzeba... W menu spory wybór, od włoskich past, przez grillowane mięsa, ryby sałatki... Mają nawet specjalne menu dla dzieci, zreszta sporo progenitury sie tam pętało pomiędzy dorosłymi. Ceny?? Hmmm... od 23 (pasty) do ok. 50. Przyjąłem polędwiczki wieprzowe w sosie balsamico z pieczonymi ziemniakami z boczkiem i na czosnkowej cukinii. 35 zł mnie nie przeraziło bo propozycja do mnie przemówiła. Troszkę musiałem na to czekać, przyznam. I dostałem ładnie przybrany talerz. Wyglądało cudownie, szkoda, że porcja mnie nie powaliła wielkością... No i zacząłem jeść... I przyznam, że smakowalo naprawdę przednio!
Podsumowując, jest to całkiem niezłe miejsce na... lunch. Jeśli chcesz się najeść, to NIE TU. Szczególnie, że cena obliczona jest nie wg ilości, tylko jakości, no ale ja się nie najadłem. To znaczy nasyciłem , ale do pełni ukontentowania zabrakło z jednej polędwiczki. Jeśli lubisz zjeść dużo, i dobrze, wydasz sporo kasy. Jeśli masz mały apetyt, spokojnie możesz tu przyjść, będzie smakować. Ale 50 zł za lunch?? Hmmm...
Subskrybuj:
Posty (Atom)